Naczynia połączone

Dane GUS dotyczące bezrobocia wśród studentów są dramatyczne. Średnio co piąty absolwent nie może znaleźć pracy, a jeżeli już znajdzie to zarabia nawet poniżej 1000PLN! Kiedyś studia były przepustką do lepszego stanowiska i kariery, co stało się dzisiaj?

Praca dla wybranych?

Pierwszą odpowiedzią na pytanie o przyczyny, która się nasuwa, jest problem nałożenia się dwóch niekorzystnych zjawisk na rynku pracy: wyżu demograficznego i kryzysu. Absolwentów jest za dużo, firmy ograniczają zatrudnianie (nie wiedząc, jaka przyszłość czeka ja za kilka miesięcy) i koło się zamyka. Jednak to jedno, proste wytłumaczenie nie pozwala zgłębić tematu. A przyczyny tego stanu tkwią znacznie głębiej. Podstawą wszystkich tych zjawisk jest brak współpracy między biznesem i uczelniami i rodzące się z tego rozbieżności co do oczekiwań rynku pracy, profilu kandydata oraz poszukiwanych umiejętności i kompetencji. Sam dyplom przestał już wystarczać na rynku. Dla pracodawców bardziej interesujące jest to, co kandydat potrafi rzeczywiście zrobić, a nie ile przyniósł ze sobą certyfikatów i innych „papierków”. Cóż bowiem z pracownika z dyplomem z języka niemieckiego, który nie potrafi przeprowadzić rozmowy telefonicznej w tym języku? Rozbieżności widać również w wiedzy absolwentów – niejednokrotnie to, czym mają nabite głowy po studiach nie przekłada się na to, co chcieli by w nich znaleźć pracodawcy. I tak, mamy przekonanych o swoich wysokich umiejętnościach młodych ludzi, którzy nie rozumieją, dlaczego znajomość teorii polityki, czy pedagogiki przedszkolnej nie robi na pracodawcy wrażenia, a przeszkadza mu brak umiejętności obsługi faksu i zredagowania poprawnego stylistycznie, oficjalnego pisma.

Współpraca popłaca

Najszybciej z tym problemem poradziły sobie uczelnie oferujące studia techniczne. Ich studenci pracują już w trakcie studiów, poznając tajniki rzeczywistej (nie wyimaginowanej!) pracy na danym stanowisku, uczelnie dbają o wymianę know-how i kontakty z biznesem, współorganizując wspólne kursy, stypendia i konkursy. Taka polityka przynosi profity – po studiach absolwent wychodzi z praktycznymi kompetencjami, często po odbyciu stażu lub praktyki – nie jest „zielony” i nie trzeba go wdrażać „od zera” do pracy w firmie. Uczelnia również zyskuje – pomijając wszystkie rankingi ścieżek kariery absolwentów, może im zaoferować to, co rzeczywiście jest potrzebne na rynku. Ponieważ pomysł jest przyszłościowy, tworzone są specjalne strefy, nazywane klastrami, gdzie wiedza swobodnie przepływa między światem biznesu i nauki.

Klaster Edutainment w Krakowie

Również w Krakowie realizowany jest tego typu projekt. Klaster edutainment ma na celu nawiązanie współpracy między biznesem i uczelniami i wymianę doświadczeń, które wpłyną na zmiany programów nauczania. Innowacyjne metody nauczania oparte o edutainment (połączenie rozrywki z nauką) od lat stosowane są z powodzeniem w biznesie (m.in. w szkoleniach przy wykorzystaniu gier strategicznych i symulacyjnych). Teraz, dzięki temu projektowi, metoda ta zostanie zaprzęgnięta do inwestowania w kapitał ludzki, postrzegany  przez pryzmat wiedzy, informacji i mobilności, który staje się podstawą organizacji uczących się. W ramach klastra powstanie siedem nowych gier strategicznych, do wykorzystania na rzecz rozwoju pracowników. Klaster umożliwi również prowadzenie wspólnych projektów badawczych, rozwojowych oraz uzyskanie wyspecjalizowanej, praktycznej wiedzy fachowej. Różne doświadczenia uczestników i warunki w których funkcjonują (uczelnie, MSP, administracja samorządowa) pozwolą lepiej wykorzystać interdyscyplinarną wiedzę i zrozumieć punkt widzenia drugiej strony. A stąd już krok do dalszej, długofalowej współpracy. Szkoda, że nie ma więcej tego typu inicjatyw, ale cóż, nie od razu Rzym zbudowano…

Co ja z tego będę mieć?

Przed wysłaniem pracowników na szkolenie, wielu menedżerów chciałoby znać jego efekty. Co przyniesie moim pracownikom to szkolenie, czego się nauczą, w jakiej dziedzinie się rozwiną? Czy jest sens uczestniczenia w grze strategicznej z tego samego zakresu co obowiązki w pracy? Czy – przykładowo – dla pracujących na produkcji gra koncentrująca się na mechanizmach logistycznych (produkcja – magazyn – zbyt) może przynieś korzyści?

Zdecydowanie tak, chociaż na pierwszy rzut okaz wydaje się to niemożliwe. Przecież pracownik będzie powielał te same czynności, schematy i będzie realizował te same zadania co w codziennej pracy. Jednak sytuacja gry różni się od codziennych obowiązków i pozwala na znacznie więcej. Przede wszystkim zmienia otoczenie w którym pracownik funkcjonuje, co już samo z siebie może być inspiracją. Otoczenie gry stwarza bezpieczne warunki do eksperymentowania. Można spróbować zrobić coś inaczej, sprawdzić, co stanie się jak podejmie się inne działanie lub inną decyzję. Dzięki omówieniu poszczególnych części i etapów gry przez trenera, pracownik otrzymuje informację jakie konsekwencje powodują jego działania dla innych – pracowników, działów firmy, dla całego procesu. Bezpieczne otoczenie pozwala również na spokojne przyglądnięcie się całemu procesowi. Mimo, że w niektórych grach wprowadzana jest presja czasu, zazwyczaj jest go wystarczająco dużo, by zauważyć określone zależności.

Kolejną z zalet jest fakt, że uczestnik szkolenia ma możliwość zaobserwowania całości procesu w jednym miejscu, w tym samym czasie. Poszczególny działy i ludzie przestają być wirtualnymi jednostkami, funkcjonującymi gdzieś w odległości telefonicznej lub mailowej. Dowiaduje się co robią inne działy, jak jego decyzje wpływają na pracę tych działów i cały proces. Dodatkowo, komentarze i podsumowania dostarczane przez dobrze przygotowanego trenera pomagają lepiej zrozumieć te zależności.  Szkolenie metodą gry strategicznej daje w końcu możliwość zamienienia się uczestników rolami – jeżeli ktoś pracował na produkcji, teraz może zostać na kilka godzin magazynierem, dzięki czemu łatwiej będzie mu zrozumieć problemy , z którymi ten boryka się na co dzień, jak również meritum jego pracy. Ma to niebagatelny wpływ na późniejsze sytuacje w firmie, kiedy pracownik potrafi odnieść efekty swoich działań do odczuć i problemów, z którymi miał okazję się zetknąć w trakcie gry. Przestaje je traktować jako fanaberie, a zaczyna rozumieć  istotę procesu i problemy poszczególnych jego stadiów. A stąd już tylko krok do lepszej, wydajniejszej pracy całego systemu.

Inwestycja w kapitał ludzki

Ostatnio wpadł mi w ręce ciekawy, wydany przez PARP raport pt. „Procesy inwestycyjne i strategie przedsiębiorstw w czasie kryzysu”. W raporcie autorzy analizują działania firm, podejmowane w związku z kryzysem, w rozbiciu na poszczególne obszary funkcjonowania firmy. Z zainteresowaniem przeczytałam część o kapitale ludzkim.

Lojalnego pracownika zatrudnię

Wnioski z raportu raczej nie nastrajają optymizmem. Przedsiębiorcy, szczególnie małe i średnie przedsiębiorstwa, których w Polsce jest większość, przy wyborze pracownika oczekują raczej zestawu cech: lojalny – posłuszny – spolegliwy, niż kreatywny – twórczy. Szczególnie jest to zaskakujące w czasach kryzysu, gdzie szybkie reagowanie firmy na sytuację rynkową, elastyczność w działaniach i poszukiwanie nowych rozwiązań, mogą przesądzić o „być albo nie być” na rynku za kilka lat. Mało firm ma odwagę zmierzenia się ze zmianami, niestety, więcej woli tkwić w stagnacji, w znajomym wycinku rzeczywistości, łudząc się nadzieją, że „jakoś to będzie”. To podejście nie musi jednak być spowodowane skostniałością przedsiębiorstw i brakiem innowacyjności. Przytaczany powyżej raport wskazuje bowiem, że na rynku trudno znaleźć tanich pracowników o wysokich kwalifikacjach. Oprócz psychologicznej niechęci do zmian dochodzi również czynnik zewnętrzny – brak podaży i, to co zwykle okazuje się kluczowe, czyli czynnik finansowy.

Ludzie – kapitał niezainwestowany

Lojalny i sumienny pracownik będzie doskonałym wykonawcą poleceń, jednak nie pomoże firmie w przezwyciężeniu trudności, nie wymyśli nowego (tańszego) sposobu produkowania tych samych towarów i nie zaproponuje zmiany obiegu informacji, który przyspieszy porozumiewanie się między działami. Chęć do wprowadzania innowacji zależy w dużej mierze od elastyczności firmy, jak również oferowanych przez firmę warunków. Tam, gdzie kierownictwo jest otwarte na komentarze, sugestie i propozycje podwładnych, tam łatwiej o innowacyjne pomysły. Jeśli mimo to one się nie rodzą, przyczyny mogą tkwić w pracownikach, w zgaszonej chęci rozwoju i zabitej kreatywności. Lekiem na taką sytuację są dobre szkolenia, pomagające wydobyć ludzki potencjał, zbudować pewność siebie i rozbudzić kreatywne, krytyczne podejście do rzeczywistości. Nie mam tu na myśli tanich szkoleń, które na pęczki można wyszukiwać w internecie, ale profesjonalne, przemyślane szkolenia, które oparte są o psychologiczne mechanizmy uczenia się ludzi i rzeczywiście przynoszą wymierne efekty. Takimi szkoleniami są te, w których angażuje się człowieka „głową i sercem” do wykonania przedstawionego zadania, oparte o grę strategiczną lub szeroko rozumiane gry symulacyjne. Skutkiem nie jest tylko ładnie wyglądający certyfikat, ale również rozwój osobisty pracownika, który umiejętnie wspierany i ukierunkowany przez pracodawcę, przyniesie firmie zyski i rozwój. To nie żadna tajemnica, że dobra inwestycja szybko się zwraca – podobnie jest z kapitałem ludzkim, który „ułożony na kupce” nie pracuje. Dopiero trafiona inwestycja może go pomnożyć.

Pełny raport „Procesy inwestycyjne i strategie przedsiębiorstw w czasie kryzysu” można tutaj. Raport jest bezpłatny.

Sto lat, niech żyją nam gry strategiczne!

Gry strategiczne, a właściwie ich wykorzystanie do celów edukacyjnych, świętuje właśnie równe półwiecze! Pięćdziesiąt lat temu gry strategiczne zostały po raz pierwszy użyte w trakcie zajęć na jednym z uniwersytetów Północnej Ameryki.

Niektórzy szukając początków nieco wcześniej, traktując gry strategiczne jako kolejne stadium gier planszowych i wojennych, które powstały 5000 lat temu. Poważniejsze badania nad zastosowaniem gier miały miejsce już w dwudziestoleciu międzywojennym, jednak największy rozwój przyniosło zastosowanie pierwszych systemów operacyjnych w komputerach, umożliwiając wprowadzenie wirtualnego gracza i większej ilości zmiennych. Internet dopełnił dzieła stając się platformą wymiany pomysłów i rozwiązań.

Prześledzenie informacji o grach na przestrzeni tych pięćdziesięciu lat pokazuje ciekawe zależności, szczególnie w obszarze celów jakie stawiano rozgrywkom. W latach 70’ waga poszczególnych celów układała je w kolejności:
1. Wiedza merytoryczna wyniesiona ze szkolenia,
2. Umiejętności podejmowania decyzji,
3. Współpraca grupowa,
4. Zdobyte doświadczenie,
5. Formułowanie strategii.

Po drobnych zawirowaniach w kolejnych dekadach, badania przeprowadzone na początku XXI wieku pokazują nieco zmienioną kolejność:
1. Doświadczenie
2. Formułowanie strategii
3. Wiedza merytoryczna
4. Umiejętności podejmowania decyzji
5. Współpraca w grupie

Po chwili zastanowienia można zauważyć, że nowa kolejność oczekiwanych efektów gry strategicznej odzwierciedla oczekiwania pracodawców na rynku pracy. Mniej istotne staje się wykształcenie (co kandydat wie), a bardziej – doświadczenie (co potrafi zrobić). Ważniejsza jest umiejętność formułowania strategii, a więc umiejętność globalnego, długofalowego i wieloaspektowego spojrzenia, niż umiejętność podejmowania decyzji. Nieco zaskakująca jest niska pozycja teamworkingu, tym bardziej, że tendencja na świecie jest odwrotna – odkrycia naukowe, czy nowe wynalazki są w dużej ilości przypadków efektami pracy grupowej. Być może wpływ na to ma przeprowadzenie badań w USA – w mocno indywidualistycznej kulturze, skoncentrowanej na jednostce. Tak, czy inaczej, gry strategiczne już od 50 lat pozwalają skutecznie szkolić i rozwijać umiejętności. Piękna rocznica! Pozostaje życzyć następnych 50 lat…

http://agata.motyl-adamczyk.nf.pl/Blog/1669/Sto-lat-niech-zyja-nam-gry-strategiczne/gry-strategiczne-szkolenia-gry-symulacyjne-edutainment/

Agata Motyl-Adamczyk

Grywalizacja, czyli kochamy gry komputerowe!

Odkąd pamiętam rodzice zawsze „suszyli mi głowę”, że za długo siedzę przy komputerze i gram. Dla nich i dla wielu innych ludzi pasjonowanie się grami RPG jest niezrozumiałe i jest po prostu stratą czasu. Tymczasem jak pokazują ostatnie doniesienia medialne, mechanizmy znane z gier komputerowych można z powodzeniem zastosować w szkoleniach osób dorosłych, z bardzo dobrym skutkiem. I co ciekawe, jest – i będzie – to jeden z wiodących trendów w najbliższych latach.

Grywalizacja, bo o niej mowa, to wykorzystywanie mechanizmów z gier (nie tylko komputerowych) do zmieniania nawyków, przyzwyczajeń i zachowań ludzi. New York Times uznał grywalizację za jeden z najbardziej przełomowych pomysłów 2010 roku. Jak to działa? W rzeczywistości, podobnie jak w grze musimy coś zrobić, zebrać określoną ilość punktów, powalczyć o miejsce w jakiejś generalnej klasyfikacji lub zachować się w określony sposób, co jest nagradzane. I tak, grywalizacja może być wykorzystywana np. do nauki ekologicznej jazdy samochodem (kierowca za eko-jazdę dostaje określoną ilość punktów – „roślinek”, jest również motywowany do oszczędnego jeżdżenia porównywaniem z osiągnięciami innych uczestników ruchu). Grywalizacja doskonale też służy promowaniu zdrowego stylu życia poprzez jazdę na rowerze (www.bikestats.pl) – możliwość prowadzenia własnego bloga rowerowego jest połączona ze statystykami przejechanych kilometrów, spalonych kalorii, średniej prędkości i innymi. Zaglądam na swój profil i co widzę? Spadłam z pierwszej dziesiątki kobiet, no tak nie może być, wsiadam na rower i kręcę kolejne kilometry, bo przecież bycie poniżej top 20 jest nie do przyjęcia! I jednocześnie inwestuję w swoje zdrowie, kondycję, urodę, …

Takie same mechanizmy są z powodzeniem stosowane w grach strategicznych i symulacyjnych, wykorzystywanych w szkoleniach biznesowych. Tam również trzeba osiągnąć jakiś cel, czasami wbrew innym drużynom, czasami we współpracy z nimi. Za osiągnięcia przyznawane są punkty, czy to w formie cyfr zapisanych na karcie oceny, czy też w formie dodatkowych możliwości w grze (np. dostępu do dotychczas zamkniętych opcji). Cały mechanizm gry strategicznej / symulacyjnej podporządkowany jest osiągnięciu celu, ale nie jest to ten cel, który sprawia, że jedna z drużyn wygrywa, a druga przegrywa. Tym celem jest (dziejąca się „w tle” zabawy, niejako mimochodem) zmiana nawyków, zachowań i postaw, które przyczynią się do późniejszego, efektywniejszego funkcjonowania firmy.

http://agata.motyl-adamczyk.nf.pl/Blog/1660/Grywalizacja-czyli-kochamy-gry-komputerowe/grywalizacja-gry-symulacyjne-gry-strategiczne-edutainment/

Agata Motyl-Adamczyk

Trzecia droga w grach strategicznych

Trzecia droga często jest rozumiana jako wyjście z sytuacji, kiedy wybór wśród dwóch dostępnych opcji nie jest korzystny. I tak, mamy trzecią drogę w gospodarce, biznesie, czy polityce. Również i w grach strategicznych pojawia się to pojęcie, jednak rozumiane jest trochę inaczej.

Mechanika gier strategicznych opierała się zazwyczaj albo na kooperacji, albo na konfrontacji. Gry tworzone według pierwszej z nich polegały na współpracy graczy – mogli oni wybierać wspólne działania by osiągnąć cel. Nie oznaczało to oczywiście, że każdy z nich wygrywał i że osiągnięte rezultaty były takie same – gra stwarzała możliwość współpracy, a to, jak zostanie ona wykorzystana, zależało od działań i decyzji graczy. Gry wykorzystujące mechanizm konfrontacji zazwyczaj oparte są na różnorodnych wariacjach dylematu więźnia – sytuacji, w której sukces obranej przez gracza strategii jest warunkowany porażką innych uczestników i nie ma możliwości wspólnego odniesienia zwycięstwa. W ostatnich latach naukowcy zaczęli zwracać uwagę na trzecią możliwość konstruowania mechaniki gry, skupiając się nie tyle na graczach – jednostkach, ale kierując swoją uwagę w stronę grup. Tak powstała owa „trzecia droga”, czyli collaborative games. Już na wstępie jest problem z przetłumaczeniem tego pojęcia, tak, by nie było mylone z grami kooperacyjnymi. Collaborative games (nazwijmy je grami drużynowymi) koncentrują się na grupach – jednostki współpracują w grupach, tworząc team – i ten team ponosi wszystkie konsekwencje swoich działań. Nie można wygrać jako jednostka – albo wygrywa cały team, albo wszyscy przegrywają. Na co warto zwrócić uwagę, wyzwaniem staje się tutaj nie tyle osiągnięcie celu, ale współpraca w ramach teamu, tak by zrealizować cele grupy i wygrać. Oparta o mechanikę drużynową gra może stać się źródłem dodatkowych elementów w grach symulacyjnych. Pozwala ona skoncentrować się nie tylko na osiąganiu celów i wiodącej tematyce gry, ale również zwrócić uwagę na mechanizmy współpracy, komunikowania, negocjacji w grupie, zanalizować przyjmowane przez członków teamu role, czy też stać się przyczynkiem do ukazania celów organizacji, jako tych nadrzędnych wobec celów indywidualnych. To typ gry, w której sprawdza się stare powiedzenie – w grupie siła…
(c.d.n…)

http://agata.motyl-adamczyk.nf.pl/Blog/1634/Trzecia-droga-w-grach-strategicznych/gry-strategiczne-edutainment-gry-symulacyjne-szkolenia/

Agata Motyl-Adamczyk

Długopisy i obiad

Dostałam ostatnio maila od znajomej, z zaproszeniem na szkolenie, w którym owa znajoma chciała uczestniczyć. Niestety, już kilkukrotnie nie zebrała się grupa, więc i ona próbowała pościągać kilka zainteresowanych tematem osób w nadziei, że tym razem szkolenie się odbędzie. Nie tyle zaproszenie mnie zadziwiło, co treść maila skłoniła do (smutnej niestety!) refleksji nad metodami wyboru szkoleń i samym rynkiem szkoleń w Polsce.

W mailu, który otrzymałam, zawarte były informacje o firmie szkoleniowej, koszcie szkolenia (tylko 35 zł – jest dofinansowane z UE), oraz o tym, że szkolenia są organizowane w „fajnych hotelach” z „bardzo dobrym” obiadem w restauracji hotelowej w cenie szkolenia. Poza tym jest też catering w trakcie szkolenia – kawa, herbata, woda i ciasteczka. Ani słowa o programie szkolenia (był tylko temat pod którym szkolenie było sprzedawane), ani słowa o trenerach. To pierwsza kwestia wzbudzająca moją refleksję – metody wyboru szkolenia. Moja znajoma nie patrzyła na kadrę i program – ważny był dla niej temat (czy zbliżony do jej zainteresowań? – tego tak naprawdę nie znając programu nie można było powiedzieć), a kryterium głównym wydawała się być cena (dofinansowane, obiad w cenie). Jeżeli byłaby to firma o dużej renomie, znana na rynku z wysokiej jakości usług i doskonałej merytorycznie kadry, być może zaufałabym doświadczeniu (intuicji?) i zapisała się na szkolenie. Brak informacji o programie i trenerach lub podawanie ich w formie szczątkowej (np. szkolenie prowadzą wieloletni praktycy z zakresu – i tutaj wpisać co akurat pasuje) dla mnie już na wstępie dyskwalifikuje szkolenie. Przecież wszyscy chcemy się szkolić mądrze, wynieść coś z tego szkolenia, poza, rzecz jasna, pełnym brzuchem i kilkoma gadżetami z logo UE. Jak można ocenić rzetelność szkolenia, dobrać je do własnych potrzeb rozwojowych na podstawie tego, że firma dostała dofinansowanie z UE, czy też, że daje w cenie obiad i catering?

Druga refleksja narodziła się z tej pierwszej – to trochę szersze spojrzenie na temat szkoleń w Polsce. Pieniądze z funduszy europejskich, wpompowane w polski rynek szkoleń, zamiast pomóc, jedynie ten rynek zepsuły. Każda firma, czy to parająca się obuwnictwem, czy też sprzedażą marchewki szkoli dzisiaj w ramach POKL, inwestując w „zasoby ludzkie”. Zalety niektórych z tych szkoleń są takie, jak tego wymienionego w mailu – można za darmo zjeść obiad w hotelowej restauracji lub pomieszkać kilka dni w górach, nad morzem, w spa lub gdziekolwiek dusza zapragnie. Szkolą osoby nieprzygotowane, nie znające dobrze tematu z praktyki (sama trafiłam kiedyś na szkolenie PR-owe – dofinansowane, na którym okazało się, że trener uczył o zadaniach rzecznika prasowego, nie będąc nigdy rzecznikiem). Nie twierdzę oczywiście, że wszystkie szkolenia finansowane z funduszy lub grantów są do niczego. Jestem po prostu zdania, że szkolenie musi być zrobione z namysłem, musi edukować „bezboleśnie”, mimochodem (edutainment!), a kadra musi spełniać wysokie kryteria merytoryczne (praktyczna znajomość tematu) i trenerskie (organizacja, reagowanie na potrzeby uczestników, dopasowanie do poziomu, wiedzy grupy). Dobrze przygotowane szkolenie musi również kosztować, bo za jakość się płaci. Sprawdzone metody szkolenia, jak np. gry symulacyjne czy fabularne wymagają wielu miesięcy testów, zanim wejdą na rynek – to kosztuje, ale jednocześnie daje właściwie gwarancję skutecznego narzędzia szkoleniowego. Czy sfinansuje to uczestnik, firma, czy zapłaci za to UE jest sprawą drugorzędną. Mądrze wykorzystane granty przekładają się na mądrą inwestycję, granty wykorzystywane byle jak, na byle jakie efekty.
http://agata.motyl-adamczyk.nf.pl/Blog/1590/Dlugopisy-i-obiad/szkolenia-gry-symulacyjne-edutainment-trenerzy/

Agata Motyl-Adamczyk

Gra ma w sobie to „coś”

Ludzie od zawsze grają w gry. Planszowe, terenowe, sportowe, no i oczywiście – odkrycie dwudziestego wieku – komputerowe. Kochamy rozgrywki. Ale właściwie dlaczego? Co takiego jest w grach, że dzięki nim nieraz zapominamy o bożym świecie?

No właśnie. Okazuje się, że w grach tkwi jakaś tajemnicza moc, która pozwala na chwilę uciec od rzeczywistości. W grze właśnie mamy określoną misję (często – o ironio- bardziej określoną niż w życiu:), szybką nagrodę i wizję realnej wygranej. Poza tym impuls do działania, tworzenia czegoś, co przynosi namacalny rezultat. W świecie gier komputerowych na przykład nie ma bezrobocia i załamywania rąk:)

Badacze i twórcy gier szkoleniowych wskazują na to, że gry mogą kształcić realne kompetencje, mimo, że rozgrywka toczy się w wyimaginowanej rzeczywistości. Jak wykorzystać potencjał gier i symlacji?

Firmy coraz częściej decydują się na szkolenia z wykorzystaniem symulacji. W Polsce ta metoda nauki zyskuje na popularności, choć w Ameryce i Europie Zachodniej symulacje są już znaną i wypróbowaną metodą kształcenia pracowników. Uświadomiono sobie, że symulacja daje jedyną w swoim rodzaju możliwość wytestowania realnych umiejętności w bezpiecznym środowisku, w którym konsekwencje niepowodzenia nie są aż tak bolesne, jak w prawdziwym świecie. Dlatego ryzyko podejmowane jest odważniej, a wiadomo, że bez działania trudno nauczyć się czegokolwiek.

Więcej o grach szkoleniowych i nie tylko takich – już niebawem.

Na razie mała przerwa na wakacyjne lenistwo, no i oczywiście na gry;)

Tajemnicze zniknięcie Spodka

O rozwijaniu kreatywnści w kulturze innowacji pisałam już wcześniej.

Teraz konkretny przykład wykorzystania w tym celu gry symulacyjnej.

Wydział Rozwoju Regionalnego Urzędu Marszałkowskiego Województwa Śląskiego chcąc zachęcić do pozyskiwania środków UE z programów wspierających szukanie innowacyjnych rozwiązań i kreatywnych ulepszeń w otoczeniu biznesowym, zorganizował czterodniowe warsztaty szkoleniowe zatytułowane „Kreatywność i Innowacje – jak je wykorzystać, by uciec konkurencji?”. Odbyły się one w Katowicach, w dniach od 26 do 29.10.2010 i skierowane były do osób decyzyjnych średnich, małych i mikro przedsiębiorstw oraz instytucji zajmujących się badaniami i rozwojem. Głównym celem szkolenia było zainspirowanie i zachęcenie do szukania innowacji w swoich organizacjach i do składania wniosków o dofinansowanie innowacyjnych projektów w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Śląskiego na lata 2007 – 2013.

Podejmując wyzwanie udziału w projekcie, firma Exprofesso chciała zweryfikować założenie o tym, że gra może być nowatorskim i skutecznym narzędziem wspierania kreatywności i innowacji. Specjalnie na potrzeby tych warsztatów trenerzy Exprofesso opracowali grę symulacyjną „BLISKIE SPODKA-nia, symulującą proces kreatywnego tworzenia pomysłów i przekładania ich na przekonujący dla inwestorów biznesplan.

To działa;)

Tajemnicze zniknięcie Spodka

Efekt pianki

Inspirujące ćwiczenie z teambuildingu. Tom Wujec o budowaniu wieżę z makaronu i pianki marshmallow;)

Pomysł warty wykorzystania w szkoleniu. Co sądzicie?

Swoją drogą zastanawiające jest to, że absolwenci szkół biznesu radzą sobie z tym zadaniem najgorzej, pozostając daleko w tyle za architektami, inżynierami i … przedszkolakami!