Go to grow logo link
Exprofesso facebook
Exprofesso linkedin
Exprofesso Google plus
Exprofesso Twitter
Exprofesso Google plus

Blog

Co się zmieni, a co się nie zmieni, czyli o rozwojowym efekcie ‚aha’!

10.11.2015 Kategoria: Wiedza

Czy ty też gdzieś około Nowego Roku postanowiłeś/łaś sobie, że się zmienisz? A może ostatnia ocena roczna dała ci do myślenia? Kłótnia z żoną/mężem? Ostatnie „ty zawsze/ty nigdy” wykrzyczane ci przez nastoletnie dziecko?

Otóż są pewne rzeczy, które się nie zmienią, a przynajmniej nie diametralnie i nie od razu. Pora już to stwierdzić, podkreślić na czerwono, odnotować, odhaczyć, przyjąć do wiadomości, wcisnąć mentalne enter.

Nie, żebyś nie był w stanie się zmienić. Ty? No skąd. Przecież możesz wszystko. A jednak tego dotąd nie zrobiłeś. Więc porzuć myślenie, że nadejdzie taki dzień…

Prawdziwe zmiany w nas nie dzieją się z dnia na dzień, nie są efektem nagłego życiowego zwrotu akcji, nie zaskakują nas samych tak, że rano budzimy się i nie możemy odnaleźć się  w  lustrze. Są jak kropla, która drąży skałę, dzieją się w zwolnionym do niemożliwości tempie, przypominają raczej delikatne wyginanie się cięciwy sinusoidy, niż kąty ostre na wykresie życia. Po latach, patrząc wstecz, możemy stwierdzić, że teraz coś jest „bardziej” albo wręcz przeciwnie:  mniej. Teraz więcej się ruszam niż 10 lat temu, częściej odpisuję na maile, ale i wpadam w złość;  częściej za to myślę o sobie jako o części zespołu – już nie ten egoizm, co na starcie. Już nie ta energia, ale też nie ta narwańcza pochopność.

Nie lubię myśleć o zmianach jak o efektach specjalnych w kinie czy zwrotach akcji. Kto takich zmian doświadczył – wie najlepiej, że bywa to okupione spaleniem niejednego mostu, którego potem – o ironio! – jakże brakuje do pokonywania życiowych wądołów i bagien. Ale lubię co innego i dlatego tak cieszy mnie to, co robię zawodowo.

 

 

To coś nazywam dla siebie rozwojowym „efektem aha!”. To impuls, który – zachowajmy proporcje -nie jest porażeniem piorunem, może prędzej przypomina delikatne kopnięcie prądu, nagłe ukłucie, moment złapania się za głowę albo radośniej: nagłego nieopanowanego wybuchu śmiechu, kiedy orientujemy się na ulicy, że mamy na stopach dwa różne buty. To chwila, w której łapiemy do siebie odrobinę dystansu, patrzymy na siebie z innej perspektywy, a efektem jest odkrycie czegoś nowego na swój własny temat. Naprawdę mrużę oczy, kiedy kłamię? Serio, tak odebrałeś mojego ostatniego sms-a? To nie ja jedna nie znoszę Świąt? Tylko mi smakuje ananas na pizzy???

Wśród małych i dużych „odkryć” są i te, które otwierają nas na zmianę. Jak na przykład: „Czyli nie rozumiecie, co do was mówię?”, „Nie motywuje was rywalizacja?” „Wy też macie swoje rodziny?”, „Bałagan na biurku nie jest dla was przeszkodą do tworzenia?”, „Nie jest dla ciebie oczywiste, że cię kocham?”.

To dopiero impuls do zmiany, za chwilę kropla rozpocznie drążenie skały. Albo nie – wsiąknie gdzieś w ziemię i tym razem nic z tego nie będzie. A jednak takie momenty są potrzebne. I może właśnie po nie chodzimy na wszystkie te szkolenia, teambuildingi i outdoory? Bo serio, czy ktoś z Was jeździ na nie z myślą, że go to całkowicie odmieni?

Jesteśmy firmą szkoleniową. Dajemy impulsy do zmian, czujemy się kreatorami rozwojowego efektu „aha”. Nie twierdzimy, że szkolenia, nawet te najlepsze, mogą kogoś zmienić, choć może chcielibyśmy, by tak było. No dobra, bardzo byśmy chcieli – pewnie odkrywszy na to patent, bylibyśmy bogaci. Ale to nie tak łatwo i to nie do końca jest nasze zadanie. To, co robimy, to prowokowanie podczas szkoleń takich sytuacji międzyludzkich, by uczestnicy mieli możliwość spojrzeć na siebie z dystansu, zobaczyć szerszą perspektywę – siebie jako członka grupy, siebie oglądanego oczami innych, siebie uwikłanego w różne sytuacje, siebie w dziesiątkach aspektów podobnego do innych i w tyluż samo od innych odmiennego.

Tu nie będzie niespodzianki: najulubieńszym naszym narzędziem do osiągnięcia wspomnianego efektu „aha” są gry i programy outdoorowe. To one najlepiej pokazują mnogość możliwych strategii działania, bez wartościowania, która z nich jest jedynie słuszna i dobra. Jest i rywalizacja – każdy chce wygrać, a zatem robi to, co w swoim mniemaniu go do tego zwycięstwa najprostszą drogą doprowadzi. Można by rzec: wszyscy chcą dobrze. Ale – i tu jest efekt aha! pogrzebany – jakież jest zdziwienie, gdy odkrywa się, że „dobrze” nie dla wszystkich znaczy to samo. Że cel – choć niby zdefiniowany, nie jest dla wszystkich tym samym. Że przegrana to nie jest jednoznaczne pojęcie. Że „najlepsza strategia” to pojęcie jakże względne.

Niedawno, testując naszą nową grę „Byle do piątku”, sami na sobie doświadczyliśmy szkoleniowego efektu „aha!”. Temat zawsze na czasie – zarządzanie czasem. I niby wiadomo o co chodzi: zdążyć przed deadlinem, zapobiec, za przeproszeniem, fuck-upom. Czyżby? Więc dlaczego wcześniej nikt z nas (a nadmienię, że zespół mamy zgrany i zżyty) nie zauważył, że część z nas ma tendencję do brania na siebie zbyt wiele, co okupują gigantycznym stresem, który odbija się na zespole? Że są pośród nas zadaniowcy, którzy nie filozofują nad otrzymanym zadaniem, tylko działają zakasując rękawy. Że nikt z nas nie ma talentu do multitaskingu i nasz open space w zasadzie działa nam na nerwy?

Zakończyliśmy rozgrywkę i zamiast poprawiać instrukcję i szlifować fabułę, z wypiekami na twarzach opowiadaliśmy sobie wzajemnie, co nami kierowało podczas gry i z czego wynikały nasze odmienne strategie w tej grze.

A więc różnimy się. A czasem jesteśmy do siebie bardzo podobni. Ot i cały efekt aha! Szału nie ma, jest mikrorefleksja: „więc można inaczej; może i ja spróbuję?” lub „nie przyszło mi do głowy, że to co robię można zrobić prościej” lub „rany, nie jestem sam, inni też mają z tym problem…może połączymy siły?”. Albo: „ok., jeśli chcę, żeby on mnie zrozumiał, muszę powiedzieć mu to w jego języku”. Aż do: „czy ja naprawdę oczekiwałem, że moje Wartości będą jego Wartościami?”.

Co się nie zmieni: twoja tożsamość.

Co się zmieni:  twoje relacje w zespole, twoje rozumienie sytuacji społecznych, twój komfort bycia wśród innych, jakość komunikacji z innymi.

Powodzenia.

P.S. „Byle do piątku”, a także inne nasze gry z rozwojowym efektem „aha” możecie przetestować sami. To co, gotowi na zmiany? :)

Maja Dobkowska.

Nasi klienci

  • logo partnera
  • logo partnera
  • logo partnera
  • logo partnera
  • logo partnera
  • logo partnera
  • logo partnera
  • logo partnera
  • logo partnera