Go to grow logo link
Exprofesso facebook
Exprofesso linkedin
Exprofesso Google plus
Exprofesso Twitter

Blog

Czy musi się udać?

27.07.2015 Kategoria: Wiedza

Dziś po południu wypłynęła u nas przypadkiem dyskusja na temat tego, czy uczestnicy naszych gier zawsze muszą wygrywać. Odpoczywamy właśnie (proszę tego słowa nie traktować dosłownie) po serii projektów i mamy wreszcie chwilę, by przyjrzeć się im z dystansu.

Zastanawiamy się, jak to jest z zadowoleniem uczestników po grze. Czy poczucie sukcesu jest konieczne, by móc przejść do wniosków rozwojowych, które są przecież znacznie ważniejsze niż gra sama w sobie?

Niewątpliwie trudniej pracuje się z niezadowoloną, rozczarowaną grupą. Trudniej – bo złe emocje często skupiają się nie na faktycznej przyczynie, lecz na tematach zastępczych. Skutkują zniechęceniem, agresją, frustracją, spadkiem motywacji. Z drugiej jednak strony, nie przez przypadek sięgamy właśnie po grę, która możliwość przegranej ma wpisaną w strukturę. Teoretycznie przynajmniej – chyba nikogo nie powinno dziwić, że grę można przegrać. Co więcej, między innymi o tę kontrolowaną porażkę przecież również w tym wszystkim chodzi. Jeśli mówimy o wytrącaniu ze strefy komfortu i braniu na siebie ryzyka, to nie po to, by kogoś, przepraszam za słowo, zdołować, lecz by pozwolić mu nauczyć się na własnych błędach, dać szansę na przeanalizowanie swoich złych decyzji oraz ich konsekwencji.

Piszę to dlatego, że my trenerzy mamy naturalną tendencję do chronienia uczestników przed porażkami. Ależ nas korci, żeby podpowiedzieć, ostrzec, uchronić, puścić oko, w porę zagaić, przywołać tych, co błądzą na manowcach. Chcielibyśmy, żeby było miło, by uczestnicy wyszli zbudowani i pełni entuzjazmu, a ich trud został nagrodzony sukcesem. Co więcej, my też jesteśmy ludźmi i lepiej lub gorzej znosimy niezadowolenie, które niekiedy rykoszetem odbija się na nas – bo trener niesprawiedliwy, bo gra za trudna bądź właśnie za łatwa, bo zasady nie były dość oczywiste – cała księga skarg i zażaleń potrafi się wylać na naszą głowę wraz z rozgoryczeniem przegranych uczestników. Tymczasem wnioski rozwojowe nie rodzą się tam, gdzie poszło gładko, lecz tam, gdzie trzeba było pokonać przeszkody. Wyzwaniem jest pomóc uczestnikowi przepracować emocje i ponad nimi zbudować mądrą, odkrywczą refleksję.

Jak z tego wybrnąć? Dobrze sprawdzają się w tym kontekście takie gry, gdzie rywalizacja odbywa się nie tyle pomiędzy uczestnikami, ale jest walką z pewnym zespołowym wyzwaniem.  Jak w naszym programie Maszyna Goldberga, polegającym na wspólnym konstruowaniu bardzo skomplikowanej maszyny. Choć poszczególne jej części powstają w wyniku prac małych grup, efekt zależy od sumy starań wszystkich uczestników i to ona zweryfikuje, czy można mówić o sukcesie, czy też o spektakularnej klapie. Jeśli więc rywalizacja ma miejsce, to jest ona walką pomiędzy uczestnikami a oporem materii, losem, prawami fizyki – w zależności, jak kto woli to nazywać. W każdym razie sukces, ale i porażka ma tu wielu autorów.

Trzeba wiedzieć, że praca nad Maszyną Goldberga to długi wysiłek. Nie twierdzę, że nie jest on przyjemny – jest wręcz przeciwnie. Każdy, kto ma w sobie choćby cieniutką żyłkę majsterkowicza będzie się cieszył jak dziecko mogąc szperać po magazynie, który wygląda, jakby był w nim asortyment kilku różnych sklepów i bazarów, by z pozornie nie-budowlanych produktów tworzyć wymyślne konstrukcje. Niemniej jednak wymaga to czasu i zaangażowania w co najmniej dwugodzinnym wymiarze. Trzeba zwykle kilkakrotnie zmienić zdanie, zwątpić w swoje pomysły i znów do nich powrócić, przeprowadzić wiele prób, wyciągnąć z każdej z nich wnioski – jednym słowem trzeba się napracować. A skoro ktoś się napracował, to chciałby zobaczyć tego efekt. Co stanie się, kiedy mimo włożonego wysiłku efekt pozostawia wiele do życzenia, a maszyna zwyczajnie nie zadziała?

No jak to co?  Odpalamy maszynę, w napięciu czekamy, które jej części zadziałają wzorowo, oklaskując je najgłośniej, przymykamy litościwie oko na tę rękę, która dyskretnie popycha oś maszyny do przodu, na ten paluszek, który delikatnie potrąca piłeczkę, na te dmuchnięcie niemal niezauważalne, które wprawia w ruch wahadełko, co to miało się samo wychylić. Pozwalamy grupie mimo niedociągnięć, które zawsze się zdarzają, celebrować finał i cieszyć się całościowym efektem. Potem jednak, gdy emocje opadną, o ile jest po stronie klienta wola szkoleniowego rozpracowania tematu, rozpoczynamy dogłębną analizę wszystkich błędów popełnionych „po drodze”. Z czego wynikają? Czego zabrakło? Co zawiodło? Co szwankowało? Od informacji czysto technicznych przechodzimy do wniosków dotyczących komunikacji, współpracy, brania odpowiedzialności. Od tych zaś – do biznesowych sytuacji, w których nie możemy sobie pozwolić na to, by „nie zadziałało”. I do rozmowy o tym, jak tę wiedzę wykorzystać na co dzień.

Lubimy Maszynę Goldberga, bo … zawsze działa. Nie, nie, maszyna – ta na szczęście ma zwykle swoje słabsze i mocniejsze ogniwa. Ale siła refleksji opartej na dobrym, choć niekoniecznie w pełni udanym doświadczeniu sprawia, że to się zawsze udaje! :)

Maja Dobkowska

Nasi klienci

  • logo partnera
  • logo partnera
  • logo partnera
  • logo partnera
  • logo partnera
  • logo partnera
  • logo partnera
  • logo partnera
  • logo partnera