Go to grow logo link
Exprofesso facebook
Exprofesso linkedin
Exprofesso Google plus
Exprofesso Twitter
Exprofesso Google plus

Blog

Nie warto być lemingiem, czyli E jak eksperyment

31.01.2014 Kategoria: Wiedza

Często gram w gry planszowe z moimi znajomymi. I szczerze? Jestem bardzo słabym graczem. Już mniejsza o to, że częstokroć emocje biorą górę i robię się jędzowata po pierwszej porażce. Ale ja po prostu nie mam w sobie zmysłu strategicznego i nie potrafię z marszu wy myślić strategii gwarantującej mi wygraną.

Toteż eksperymentuję.

Nie wiem co to za daimonion każe mi raz postawić na spektakularny quick win (zwykle nie tak „quick” i nie dość „win”), a innym razem na kupowanie kart rozwoju, czy też wchodzenie w układy z jakimiś wybranymi graczami. W każdym razie jest różnie, ale uczę się. Na błędach.

Uczę się. No właśnie.

Dziś nasz blog sponsoruje literka E, więc będzie trochę o eksperymentowaniu w edukacji.

 

W swoim przełomowym i klasycznym już wystąpieniu na konferencji TED sir Ken Robinson wskazał na istotny błąd w założeniu powszechnie stosowanego systemu edukacji : uczniowie za swoje błędy są wyłącznie karani. Albo uczniowie są wyłącznie karani za swoje błędy, jeśli ktoś woli.

To zabija w nich coś, co jest wrodzone i bardzo przydatne, co właściwie czyni z nas nie tylko Galileuszy, Newtonów i Marie Skłodowskie, ale ludzi: skłonność do eksperymentowania. Lepiej się nie wychylać, lepiej robić to, co nam każą i powielać utarte schematy, lepiej iść za większością i naśladować ich ruchy.

Lepiej? A co z lemingami?

Drogi przedsiębiorco, edukując swoją kadrę wyłącznie w ten sposób, zapewnisz swojej firmie w najlepszym razie przyzwoitą wegetację. Ale nie rozwój.

Doktor Samuel Miclus, profesor z Rowan Uniewersity z New Jersey,  zanim stworzył Odyseję Umysłu – międzynarodowy konkurs kreatywności dla dzieci i młodzieży, wykładał wzornictwo projektowe. Zauważył wówczas  taką prawidłowość:  wyżej oceniani są ci studenci, którzy ryzykują, niż ci, którzy po prostu rozwiązują problem. I nic dziwnego: projekty-ikony rozpoznawalne na całym świecie to nie te, które swoją funkcjonalnością najdoskonalej wpasują się w potrzebę odbiorcy, lecz te, które się podobają. Problem w tym, że nie wiemy co się spodoba. Musimy zaryzykować.

No tak, ale, powie niejeden menedżer, eksperyment zakłada możliwość pomyłki,  a pomyłki drogo mogą mnie kosztować.

To prawda.

Dlatego właśnie wymyślono symulację. Bezpieczny kontekst, w którym możliwy jest zarówno eksperyment, jak i pełne doświadczenie jego konsekwencji.

Nawiasem mówiąc:  czy wiecie, że każda gra powstająca w naszej pracowni jest przez nas testowana? Wersje testowe często bardzo istotnie różnią się od końcowych. Raczej nie zdarza nam się, żeby gra w pierwszej wersji była doskonała.  Lista wniosków i poprawek liczy sobie natomiast często wiele stron. I po to to robimy.

Wróćmy jednak do eksperymentu: by wnioski z niego płynące mogły być miarodajne, potrzebne jest coś więcej niż „sucha” symulacja. Możemy na potrzeby symulacji stworzyć sztucznie sytuację bardzo podobną do rzeczywistej – podobny kontekst, identyczne warunki. Ale co z emocjami? Co zrobić, by przy przeprowadzaniu eksperymentu działały te same siły, które tak bardzo utrudniają (albo właśnie ułatwiają) działanie  w rzeczywistości: duch rywalizacji, ambicje, konflikty interesów, zderzenia perspektyw…?

Po to właśnie jest gra.

Wchodząc w rolę gracza, mając ambicję wygrać, a jednocześnie będąc ograniczonym wobec reguł tej konkretnej gry, uruchamiamy intelekt i emocje równocześnie. Co weźmie górę?

Niedawno wzięłam udział w rozgrywce jednej z naszych ulubionych gier: „Kaskada”  to gra pokazująca jak wielki wpływ na efektywność pracy zespołu ma dobra komunikacja. Zespół, do którego należałam, popełnił chyba wszystkie możliwe błędy, jakie dało się popełnić i odniósł spektakularną porażkę. Omawiając nasz przypadek (wyjątkowy na tle innych zespołów, które celebrowały pełen sukces), miałam głowę pełną wniosków i jedną dominującą myśl: „jak dobrze, że to się stało tu i teraz, a nie NAPRAWDĘ”.

Nauka płynąca z eksperymentowania  (co zdaje się całkowicie ignorować system edukacji) jest o wiele dalej idąca, niż wniosek,  by nigdy więcej nie popełnić tego paskudnego błędu. Znacznie ciekawsze i uczące jest eksplorowanie jego konsekwencji i konieczność poradzenia sobie z tym piwem, któreśmy sobie nawarzyli. W kultowej i bardzo popularnej grze „Osadnicy z Catanu” („Settlers of Catan”) bardzo wiele zależy od początkowego rozłożenia swoich pionków na planszy. Ilekroć poustawiam je w sposób nie dość przemyślany, strasznie się męczę do końca półtoragodzinnej rozgrywki. Zawsze jednak gram do końca. I czasami mimo wszystko zwyciężam.

We wspomnianej „Kaskadzie” – grze uczącej skutecznej komunikacji w zespole, zawodnicy dostają przypisane role, z których każda wymaga nieco innych kompetencji osobistych. Polecam wybranie roli dalekiej od własnej strefy komfortu. Nawet jeśli nie wygrasz, nim skończy się rozgrywka, dowiesz się bardzo wiele o sobie.

Opuszczanie „strefy komfortu” – to temat wart osobnego artykułu i zapewne wkrótce się go doczeka. Na razie poprzestańmy na tym: grając, możesz także poeksperymentować z tym jaki jesteś i co by było, gdybyś był nieco inny. Albo drastycznie inny. Możesz sprawdzić, co się stanie, gdy odpuścisz, albo zaangażujesz się bardziej, co jeśli przejmiesz stery, a co jeśli zachowasz bierność. Co, jeśli zmiękniesz, a co jeśli postawisz sprawy twardo? Co, jeśli będziesz wykonywać zadania po kolei, w sposób prosty i uporządkowany, a co, jeśli wpuścisz w swoje działania żywioł chaosu? A co, jeśli, o zgrozo, złamiesz swoje żelazne zasady, w które wierzysz od zawsze?

Oj, tak. Mogą się podziać straszne rzeczy. Ale w końcu… to tylko gra.

Nasi klienci

  • logo partnera
  • logo partnera
  • logo partnera
  • logo partnera
  • logo partnera
  • logo partnera
  • logo partnera
  • logo partnera
  • logo partnera